Stoi na stacji lokomotywa…

logo zdjęcie

Cztery i pół miesiąca. Tyle mnie tutaj nie było. Mnie samej ciężko jest w to uwierzyć. Mój blog, moje dziecko pozostawione ot tak sobie niczym bezpański pies. W tym czasie otrzymywałam zarówno od przyjaciół, jak i zupełnie obcych mi ludzi wiadomości z pytaniami, gdzie wpisy, no gdzie? No właśnie. Było ich mnóstwo i wszystkie w głowie. Jednak głowy do pisania nie miałam.

Tak bardzo uwierzyłam to spokojne australijskie życie, w ten swoisty kieracik, że aż chciało się powiedzieć chwilo trwaj. Czułam się bardzo pewnie w swojej strefie komfortu i nie spodziewałam się żadnych zwrotów akcji.

Zacznijmy od tego, że rozstałam się z korpo. A właściwie to korpo rozstała się ze mną. W czerwcu przyjęłam propozycję przeniesienia na nowy, prestiżowy projekt budowy serwera dla nowo powstającej kopalni na północy Australii Zachodniej. Wow, marzenie wielu! Bardzo się ucieszyłam, że zdobędę doświadczenie w kolejnej super mega branży. I tak…

Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale, 
Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale, 
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, 
I kręci się, kręci się koło za kołem, 
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, 
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi, 
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost! 
Po torze, po torze, po torze, przez most, 
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las, 
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Dokładnie tak. Nic dodać, nic ująć. W najbardziej intensywnej fazie projektu pracowałam po jedenaście godzin, czasem z własnej i nieprzymusznej woli chodziłam do biura w soboty, żeby nadrobić zaległości. W Polsce nigdy przenigdy się nie zdarzyło, żeby moja noga przekroczyła próg biura w sobotę lub inny dzień wolny dla statystycznego Kowalskiego. Ciągle czułam presję, że muszę, że nie zdążę, że świat się zawali. W pewnym momencie wyglądałam jak swój własny cień, pan mąż przejął wszelkie obowiązki domowe, bo ja po powrocie z pracy zwyczajnie padałam na sofę i tkwiąc w bezruchu marzyłam, żeby nikt nic do mnie więcej tego dnia już nie powiedział ani słowa. Po nocach śniły mi się słuchawki od telefonu na nieskończenie długich kablach, oplatające całe ciało niczym bluszcz i bzdurne emaile wysyłane gdzieś w przestworza do nie wiadomo kogo. Bo to nie odbiorca wiadomości był ważny. Ważne, żeby wysłać, żeby zrealizować zadanie. I to prześladujące tykanie wskazówek zegara odliczające czas deadline’u…

Wtedy o sobie dało znać zdrowie mówiąc zwolnij dziewczyno, zwoooolnij! To samo powiedział mi lekarz, że w takim tempie to dogonię jedynie światełko w tunelu, o ile będę wystarczająco szybka. Zawsze uważałam się za okaz zdrowia i na słowa medyka wyłącznie prychnęłam lekceważąco z niedowierzaniem. Zosia Samosia chora? Jak widać, nie na wszystko marny człowiek ma wpływ. Ciało słabło, a wraz z ciałem dusza. Wyniki badań pokazały czarno na białym, że potrzebuję dalszej opieki specjalistycznej.

Dopiero wtedy zaświtała mi myśl A może by tak pożegnać się z korpo? Czułam nieludzkie zmęczenie, fizyczne i psychiczne. Po raz pierwszy (i ostatni) wzięłam udział w wyścigu szczurów. Takim, jaki zawsze opisują w gazetach. Czytając o ludziach, których praca w korpo doprowdza do różnych schorzeń myślałam zawsze, że mają, co chcieli, a ja nigdy taka głupia nie będę. Tiaaaa… Tymczasem sama doszłam do ściany i kiedy wszystko dookoła mówiło nie warto, ja ze wszelką cenę próbowałam walić głową w mur z przekonaniem, że przecież to pestka, że ja im pokażę!

Otóż g…no prawda, moi drodzy, bo to korpo pokazała mi środkowy palec wręczając pewnego słonecznego dnia wypowiedzenie. Klient się rozmyślił i zamiast osiemdziesięciu pięciu osób cały projekt miała realizować grupa dwudziestu osób. Dla mnie oznaczało to  redukcję etatu.

Usiadłam sobie na chwilę przy (jeszcze) swoim biurku i pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło to co ja teraz będę robić?

Nagle – gwizd!
Nagle – świst!
Para – buch!
Koła – w ruch!

Chyba same Niebiosa mnie oświeciły, że teraz mogę wszystko! Nie zastanawiając się zbyt długo wysłałam email pożegnalny do moich ulubionych współpracowników, spakowałam graty (nie do wiary, ile się przedmiotów wokół człowieka samoistnie gromadzi) i ruszyłam przed siebie. Do miasta, na zakupy! Miałam w końcu czas tylko dla siebie, bez maili i telefonów. Poczułam ulgę i jednocześnie obiecałam sobie, że nigdy, ale to nigdy więcej.

Przez kilka następnych dni uśmiech nie schodził mi z twarzy. Kiedy już nieco ochłonęłam, pojawiło się pytanie co dalej? Po pierwsze – już od jakiegoś czasu Piotr przebąkiwał o przeprowadzce do Sydney, więc kiedy, jak nie teraz? Miasto większe, możliwości dużo więcej. Tak naprawdę tylko moja praca zatrzymała nas w Perth na tak długo. Po drugie – na ostatnią chwilę znalazłam tanie bilety do Polski. Królestwo za widok uśmiechniętych twarzy rodziców i grzane wino na wrocławskim ryneczku! Kto zgadnie, co zrobiliśmy? Powiem wam. Najpierw polecieliśmy do Polski na trzy tygodnie, a wkrótce przeprowadzamy się do Sydney. Taka historia i bardzo krótkie streszczenie jednocześnie.

Nasza lokomotywa wyruszy więc wkótce ze stacji Perth w nieznanym nam jeszcze do końca kierunku, ale w głowie pojawiają mi się co chwilę nowe pomysły i nie wiemy, na jakiej stacji wysiądziemy mówiąc tak, tutaj będzie dobrze. Z tej czteromiesięcznej lekcji życia wyciągnęłam dla siebie kilka ważnych wniosków:

1. Zdrowie. Wartość nadrzędna. Uwierzyłam, że kiedy moje ciało i dusza mówią stop, to warto się zatrzymać i przyjrzeć, dlaczego tak się dzieje. Nigdy więcej nie zaprzedam duszy korpo za cenę zdrowia. O nie! Nie warto.

2. Nowe możliwości. Ojej, i co teraz? Teraz mogę wszystko! Jedne drzwi zostały zamknięte, ale ile innych otworzyło się w zamian. Spojrzałam w prawo, w lewo, w górę i w dół. I co widzę? Siebie w przyszłości i pasje, o których zapomniałam. Czas posprzątać ten grajdołek i odkurzyć to, co sprawiało mi radość, a czego wyrzekłam się dla mamony. Chcę zrobić coś dla siebie. Zasłużyłam na to.

3. Doświadczenie. Los zabrał mi to, co chciałam (lub myślałam, że chcę) robić, ale dał za to doświadczenie w innych dziedzinach. Wielkie ci dzięki, o łaskawy losie za twe hojne dary! Przydadzą się w przyszłości.

4. Zmiany. Są dobre i konieczne. Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, więc chcę być częścią zmian podejmując decyzje, zanim ktoś podejmie je za mnie.

Obecnie skupiamy się wyłącznie na przeprowadzce na wschodnie wybrzeże Australii. Planujemy trasę i noclegi. Co sprzedamy, a co zabierzemy. Piotr opanowany, ja spanikowana do granic niemożliwości. Czeka nas podróż samochodem z Perth do Sydney. Na pewno wam o tym opowiem!

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australijskie realia, Emigracja, Moje życie w Oz i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Stoi na stacji lokomotywa…

  1. ~Gosia K pisze:

    No Emi fajnie piszesz , z przyjemnoscia sie Ciebie czyta 🙂 .Bedziemy za Wami baaaardzo tesknili …;-(

  2. ~Karolina pisze:

    Powodzenia!!!!!!!!!!!!! 🙂

  3. ~Kasia pisze:

    Jestem pierwszy raz na Twoim blogu, ale czytając ten wpis już wiem, że rozgoszczę się na trochę. Trafiłaś w punkt swoją historią i podsumowaniem, jakbym czytała o sobie sprzed miesiąca. Goniąc gdzieś bezustannie i robiąc dla korpo więcej niż robię dla osób które są całym moim życiem, zgubiłam stanowczo za dużo chwil. Więc powiedziałam basta i odeszłam. I cieszę się zmianą.
    Pozdrawiam serdecznie z Vancouver i wszystkiego dobrego na święta !

  4. Fifi pisze:

    Też czekałam, kiedy wrócisz. Fajnie, że znów jesteś 🙂
    Powodzenia na nowej drodze życia 😉

  5. ~Karolina pisze:

    Cieszę się bardzo że nareszcie coś napisałaś! Uwielbiam Twój blog, przykro mi z powodu problemów zdrowotnych i mam nadzieję że już wszystko u Ciebie w porządku. Trzymam kciuki za przeprowadzkę i wspaniałą podróż przez całą Australię z Perth do Sydney!
    Pozdrawiam 🙂

  6. ~Mag pisze:

    Kochanaaaa, zapomniałaś napisać o wizycie w salonie masażu 😉
    Kciuki trzymam za powodzenie i oby Ci skrzydła nie opadły, leć kobito pewnie, tak jak to robisz, ku nowym możliwościom. Ahoj!

  7. ~Endżi pisze:

    Emilio,z przyjemnością informuję,że nominowałam Twój blog do nagrody Liebster 🙂
    http://piatapopoludniu.blogspot.com/2015/12/liebsterowy-zawrot-gowy.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *