Polsko – australijskie skarżypyty

IMG_9024Na czym to zakończyliśmy ostatnie spotkanie? Już wiem – Piotrek paszportu tymczasowego nie dostanie i z tego powodu przekładamy wyjazd na Bali. No to teraz powiem Wam, że żadnego wyjazdu na Bali nie będzie, odechciało nam się lecieć. Skoro nie było nam dane polecieć już po raz drugi, to póki co nie polecimy wcale. Foch! Zastanawiałam się przez moment, czy nie lecieć sama, ale nie – nie tak miał wyjazd nasz wyglądać, więc albo razem, albo wcale.

Po tych wszystkich paszportowych przebojach musieliśmy odetchnąć i odzyskać energię, którą wchłonął cały ten dyplomatyczny beton. Wyjechaliśmy na długi weekend z okazji Dnia Australii do Margaret River, około trzysta kilometrów na południe od Perth. Chyba każdy z naszych znajomych tam już był (podobnie jak na Bali – sic!), to taka sypialnia turystyczna Perth. Na zasadzie – nie wiesz gdzie jechać? Jedź do Margaret River 😉 Malownicze krajobrazy, mnóstwo jaskiń, winnic,  browarów, zielono, błękitna woda i raj dla surferów. Cudo! Na kilkudniowy odpoczynek – opcja idealna. Z każdym wyjazdem przekonuję się, jak dużo Australia ma ludziom do zaoferowania. Tym razem obyło się bez pająków i węży, za to kemping, który wybraliśmy (no dobra – ja wybrałam, mea culpa) był najgorszą miejscówką, gdzie do tej pory rozbijaliśmy nasze australo obozowiska. Syf, kiła i mogiła. Na pewno Wam tego miejsca nie polecimy, lub – jeżeli przylecicie do nas – nie zabierzemy Was tam. Na szczęście dla nas namiot jest wyłącznie miejscem odpoczynku pomiędzy dniami intensywnego zwiedzania, bo zaraz po śniadaniu robimy plan wycieczki od rana do wieczora i z ręka na sercu mogę powiedzieć, że w 99% plan ten realizujemy. Zdecydowanie największą część naszych wyjazdowych wydatków – niezależnie od miejsca wyprawy – stanowią bilety wstępów. Nawet nie benzyna, bo ta w Australii w porównaniu do zarobków jest tania i nie noclegi, bo konsekwentnie wybieramy kempingi, ale właśnie bilety.

W tym roku zaopatrzyliśmy się w gadżety z flagą na Australia Day i mogłabym założyć się o pół litra, że w Dzień Australii symbole australijskie będą przewszędzie. W podskokach musiałabym biec do monopolowego, bo na kempingu były może w sumie ze dwie flagi… W ogóle ludzie jacyś tacy niemrawi… Co z wami, dumni Australijczycy? Dopiero w drodze powrotnej, właściwie już w Perth, przedzierając się przez tłum powracający znad rzeki (miejsce corocznych fajerwerków) zobaczyliśmy więcej symboli australijskich, ale i tak czułam niedosyt, bo kto zna Ozików, ten wie, że oni wszyscy mają wręcz fioła na punkcie swojego kraju.

I tak wróciliśmy sobie do tego naszego M3. Wyspani na pewno, ale czy wypoczęci? Biorąc pod uwagę cały ten reżim turystyczny, który sami sobie narzuciliśmy – nie. W pracy następnego dnia wzajemne zwierzenia, kto jak spędził długi weekend, natomiast do mnie jak aborygeński bumerang wróciła sprawa paszportu. Nie rozpamiętywanie co by było gdyby, ale tego, co ewentualnie możemy zrobić, jak zareagować. Bo to, że zostawić tego nie mogliśmy było oczywiste. Nie z nami te numery 🙂 Od wielu osób słyszeliśmy po całej już akcji o paniach z paszportowego w konsulacie i ich specyficznym standardzie obsługi petentów. Dlatego postanowiliśmy wykorzystać fakt, że czasem coś sensownego udaje mi się napisać i wysłaliśmy oficjalną skargę. Nie mamy pewności, że dotrze ona do pani konsul, ale przynajmniej spróbowaliśmy. Może chociaż szanowna pani paszportowa to przeczyta. Poskarżyliśmy się nie na brak wiedzy, bo to akurat nasza wina, ale na to, że przez czyjąś niekompetencję Piotrek stracił czas i pieniądze na jednodniową wycieczkę do Sydney. Poza tym mój małżonek był świadkiem sytuacji, gdzie pan, który prawie nie mówił po polsku (z pokolenia powojennej emigracji) chciał złożyć wniosek o wydanie paszportu, ale ze względu na barierę językową nie był w stanie sam wypełnić papierów. I czy myślicie, że pani z okienka wykazała odrobinę inicjatywy, żeby mu pomoc? Podpowiem wam – nie wykazała. I na to właśnie też złożyliśmy skargę, że jej wyjątkowa opryskliwość wobec odwiedzających konsulat niewiele ma wspólnego z dyplomacją. Mnie wystarczyła minuta rozmowy z nią przez telefon, żeby się przekonać, że nawet kawy bym się z nią nie chciała napić.

Uważam, ze trzeba mówić głośno o takich rzeczach, a nie tylko wymachiwać pięścią po fakcie pod drzwiami konsulatu, urzędu, czy jakiejkolwiek innej instytucji. Kolejny wniosek jest taki, że mniej zachodu byłoby, gdyby z paszportem coś się nagle stało – wyprałby się, zgubił, nie wiem co jeszcze. Bo w tym wypadku mogę powiedzieć, że uczciwość nam sie nie opłaciła. Nie wiem, czy doczekamy się jakiejkolwiek odpowiedzi, ale nie chcę już na to tracić nerwów. Wolę planować następne wakacje, bo mimo, że Bali nie będzie to urlopu przecież nie odwołamy. To dopiero byłoby antyaustralijskie 😉

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Moje życie w Oz, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Polsko – australijskie skarżypyty

  1. ~Lymkya pisze:

    O masz Ci los! Ale to Polacy w AU są tak niemili? Bo my zawsze sobie baaardzo chwaliliśmy wszelka obsługę i customer service w AU, czy to w szkole, czy w urzędzie czy sklepie…

  2. ~Gerard pisze:

    Tez mialem podobne wrazenie jak Ty kiedy niedawno zatelefonowalem do konsulatu Sydney zapytac o sprawe wyrobienie polskiego paszportu. Bedac niedawno w Polsce bylem jednak mile zaskoczony ze w urzedach „panie z okienka” zwykle mlodsze pokolenie) traktuja juz petentow zwykle uprzejmie i profesjonalnie.
    Obsluga klienta w ambasadzie polskiej w Sydney natomiast wciaz wyglada na taka jaka pamietam z Polski sprzed 20lat kiedy to zeby byc obsluzny trzeba bylo czekac grzecznie jak pani z obslugi skonczy plotkowac z kolezankami albo dopije poranna kawe. Poczym mozna bylo uslyszec … wymowne: „no slucham!” w tonie nie pozostawiajacym zludzen ze jest sie kolejnym natretem zawracajacym d..e w urzedzie.
    Ale tak jak wspomnialem wczesniej z uznaniem- te sprawy wygladaja obecnie znacznie lepiej juz w Polsce!, szkoda tylko ze wciaz jeszcze w ambasadzie w sydney czas jakby na pewnym etapie sie zatrzymal 🙁
    A odnosnie starszego goscia to popieram to co zrobiliscie, bo takie sprawy Nalezy z uporem maniaka pietnowac I mimo wszystko probowac z nimi walczyc 🙂
    Pozdrawiam,
    Gerard

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *