Pierwsze tygodnie w Maitland

IMG_8293

Pierwsze tygodnie w Maitland za nami. Najczęściej nasze nowe miejsce zamieszkania nazywamy – z przymrużeniem oka – wioską. Maitland jest jednak piątym co do wielkości i jednym z najstarszych miast w Nowej Południowej Walii. W porównaniu do pięciomilionowego Sydney, w Maitland wszystko wydaje się być pod ręką i w zasięgu wzroku. Populacja Maitland, włączając miasto i jego dzielnice, to obecnie siedemdziesiąt dziewięć tysięcy ludzi. Tylko od roku 2001 liczba mieszkańców wzrosła o dwadzieścia cztery tysiące, a średnio co pięć lat zwiększa się o dziesięć procent. Właściciele firm budowlanych zacierają ręce upatrując wielkich zysków z budowy i sprzedaży domów, bo krajobraz rzeczywiście zmienia się w oka mgnieniu. Mąż pracuje, a ja nadrabiam różnego rodzaju zaległości. W międzyczasie poznaję okolicę – biegam po ulicy z aparatem i zaczepiam ludzi. Ciekawi was, jak żyje się w małym, australijskim mieście? Czytajcie o moich pierwszych obserwacjach.

Jesteś w Maitland, zwolnij…

Jadąc do Maitland od strony Newcastle, Suzi rozpędza się do 80 km/h, ale im bliżej domu, tym bardziej zwalnia. Wciąż na New England Highway, ale już z pierwszymi zabudowaniami dookoła wciskam hamulec i kątem oka sprawdzam, czy wystarczy, czy wciąż jadę szybciej niż dozwolone sześćdziesiąt. Skręcając w prawo, zawsze przy tej samej stacji benzynowej, czuję, że jestem w East Maitland – 50 km/h. Czyli nic nadzwyczajnego, prawda? Jedziemy kilkaset metrów dalej, a tu ciach, kolejny znak z magiczną liczbą – 40.

Całkiem niedawno wpadła mi do głowy taka myśl, właśnie podczas jazdy samochodem, że z tymi znakami prędkości to zupełnie jak z życiem w Maitland. Kiedy jesteś poza miasteczkiem, pędź, jeżeli lubisz. Jednak kiedy zbliżasz się do Maitland, musisz zwolnić, bo tak się tutaj żyje i koniec. Powoli, bez pośpiechu, bez wyścigu szczurów. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że leniwie. Nie ma tłumów na ulicach, życie toczy się tutaj niesłychanie spokojnie. Korki? A owszem, bywają, ale w wersji mini, wyłącznie dwa razy dziennie – przed dziewiątą rano i piątą po południu.

Skąd jesteś?

To pytanie pada na początku każdej, absolutnie każdej rozmowy. W aptece, sklepie, kawiarni, siłowni. Wszędzie. Zarówno w Perth, jak i w Sydney, ze względu na wielokulturowość, nie pytano nas o pochodzenie tak często, jak w Maitland. Ta różnorodność narodowa sprawia, że w dużych miastach większość ludzi mówi po angielsku z obcym akcentem i nawet nie zwraca się na to uwagi. Zupełnie inaczej jest w mniejszych miejscowościach, tym bardziej jeżeli nie są super popularnymi miejscami turystycznymi. Nam mówienie z polskim akcentem zupełnie nie przeszkadza, rozmówcom też nie – nie w tym rzecz. Tylko niejednokrotnie uśmiecham się pod nosem, bo jestem w stanie przewidzieć następne kilka minut konwersacji. Tutaj na dźwięk inny niż australijska odmiana języka angielskiego (o tak,  jest i taka), słuch rozmówcy wyostrza się o 100%, mruży oczy, marszczy czoło i rozpoczyna się dochodzenie – skąd, po co i dlaczego. Taka lokalna egzotyka. Czasem próbują zgadnąć i typują, że pochodzimy z Francji (to chyba zdarza się najczęściej), Rosji lub Szwecji. Pudło 🙂 Słysząc poprawną odpowiedź – Polska – reagują Oh, that’s so cool! To bardzo miłe, ale zapewniam was, że osiemdziesiąt procent z nich nie wie nawet, gdzie leży Polska.

Mieszkańcy Maitland

Proszę, nie zrozumcie mnie źle. To, że ktoś nie wie, gdzie leży Polska nie znaczy, że nie jest fajny. Mieszkańcy Maitland są bardzo mili. Na początku wyczuwa się pewien dystans, tak jakby nas obserwowali, w końcu jesteśmy tutaj nowi i w dodatku nie jesteśmy Australijczykami. Później jednak zaczynają zadawać pytania, zagadują i przyjmują do grupy.

W Maitland mieszka bardzo dużo młodych małżeństw z małymi dziećmi. Podobnie jak my, uciekają z wielkiego miasta lub – równie prawdopodobne – w ogóle z Maitland nie zamierzają się wyprowadzić. Bo i po co? Wszystko, co potrzebne do życia jest, do plaży w linii prostej trzydzieści minut jazdy, winnice niemalże za rogiem, nieruchomości tańsze w porównaniu do Sydney razy chyba sto (a tak serio to co najmniej dwa razy) i nawet bilety do kina kosztują we wszystkie dni tygodnia dziesięć dolarów.

Nie dalej, jak tydzień temu umówiłam się z koleżanką na kawę. Ona, młoda mama, jej pięciomiesięczny synek w vintage wózku i ja, nowa ciocia mówiąca w języku rodzicieli młodego. Idziemy sobie powolnym krokiem w stronę kawiarni, docieramy na miejsce o godzinie dziesiątej (rano), a tam już kilka mam i obok wózki, jeden przy drugim. I tak każdego dnia.

Inna, zabawna sytuacja. Na stacji benzynowej, uzupełniam Suzi zapasy na następne czterysta kilometrów szalonej jazdy. Z daleka uśmiecha się do mnie jegomość w wieku mojego taty. Idzie w moją stronę pewnym krokiem, zatrzymuje się i mówi: Nie, nie mogę tego zrobić. Ja: Ale czego nie możesz zrobić? On: No nie mogę tego zrobić. Nie mogę zostawić dla ciebie żony i dziesięciorga dzieci. Ja: W sumie ja też nie mogę zostawić męża, który teraz właśnie płaci za benzynę i patrzy na nas. Roześmialiśmy się oboje, po czym pan poszedł w stronę kasy i powiedział mojemu mężowi: Kazała mi spadać. Kurtyna 🙂

Polonia w Maitland

Do tej pory nie spotkaliśmy w Maitland zbyt wielu krajanów. Mamy kilkoro znajomych, który znamy jeszcze… z Perth. Czyli nie my pierwsi i, mam nadzieję, nie ostatni! Potwierdza się przysłowie, że góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze. Wybraliśmy się do kościoła na mszę w języku polskim. Było – łącznie z nami – czternaście osób. Średnia wieku… hmm… myślę, że około sześćdziesięciu pięciu lat. Na zakończenie zostaliśmy wywołani przez księdza do odpowiedzi. Przedstawiliśmy się, opowiedzieliśmy kilka słów o sobie, na co jedna pani w jednej sekundzie, na jednym wydechu niemalże krzyknęła: O, to ja was tutaj zgarnę do czytania podczas Mszy!

O ile w Sydney i w Perth zdarzało nam się słyszeć język polski na ulicy, tak w Maitland nie spodziewamy się doświadczać tego zbyto często. Według ostatniego spisu ludności, znajomość języka polskiego zadeklarowało 0,2% mieszkańców Maitland, więc niewiele. Jednak wielu z tych Australijczyków, którzy są ciekawi naszego pochodzenia ma mieszkających tutaj znajomych Polaków. Dzisiaj w siłowni musiałam młodzieńcowi z recepcji przeliterować swoje nazwisko. Na to starszy pan stojący obok zapytał: Jesteś z Polski? Bo mam przyjaciela o takim samym nazwisku. Odpowiedziałam: Tak, to jest w Polsce bardzo popularne nazwisko. Tak jak Smith w Australii. Instruktorka, która usłyszała naszą rozmowę, podniosła wzrok i uśmiechając się powiedziała: No to będziesz naszą Smithie. No cóż, nie będę protestować:)

Miłe początki adaptacji w nowym miejscu zamieszkania, zgodzicie się? Jeżeli początek jest zapowiedzią przyszłości, to ja tutaj zostaję.

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australia z przymrużeniem oka, Emigracja, Maitland, Moje życie w Oz i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Pierwsze tygodnie w Maitland

  1. ~Monika pisze:

    Fajnie! Niech Wam sie żyje dobrze, ja wolę małe.miasta , wszystko blisko i życie wolniej płynie. 79000 w porównaniu do 5mln to dużo. Najlepszego

  2. Ale sympatyczne początki! 🙂 Chyba dobrze będzie się Wam tam mieszkało 🙂

  3. Hmm, ja bym powiedziała, że zazwyczaj jest odwrotnie – za miastem się zwalnia a w mieście pędzi. Ale jak widać są miasta i miasta i zamiasta i zamiasta 😉

  4. Zdecydowanie miłe początki. Tylko oby już tak zostało 🙂

  5. ~Mmalena pisze:

    Kapitalna ta scena z mężczyzną na stacji :)) Uśmiałam się. Chyba właśnie takiej lekkości w żartach, takiego miłego stosunku do ludzi brakuje mi w PL.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *