Moja emigracja. Moja droga.

IMG_9514-1 (1024x683)

Wpis ten powstał w ramach Projektu nad Projektami Klubu Polki na Obczyźnie. Autorki blogów, Polki mieszkające w różnych częściach świata, prezentują historię swojej emigracji.

Moja historia… Siedzę i myślę… Może zacznę od początku. Do Australii przyleciałam w styczniu 2013. Nie mieszkałam wcześniej poza Polską i wyjazd do Australii wydał mi się zupełnie nierealny. Było to spełnienie marzeń mojego małżonka, nie moich. Cały wyjazd organizował on, nie ja. W Polsce wiedliśmy całkiem miłe życie i nie odczuwałam najmniejszej potrzeby, żeby to wygodne gniazdko opuszczać. Nie uznaję jednak sytuacji, kiedy jedno z małżonków wyjeżdża, a drugie zostaje. Nieważne, jak daleko – Wielka Brytania, Australia, Przylądek Kości Słoniowej, czy Katowice. Uważam, że jeżeli wyjeżdżać gdziekolwiek, to tylko razem. Wyjazd poprzedziły godziny rozmów, podczas których tak przeplatało się z nie, ale wierna poglądom, że razem lub wcale zgodziłam się.

Pierwsze trzy lata spędziliśmy w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii, a od stycznia 2016 mieszkamy w Sydney. Temat wiz i pracy odstawiam dzisiaj w najbardziej oddalony kąt i skupiam się na tym, jak wyjazd z Polski zmienił mnie samą.

Połowę drogi na lotnisko spędziłam ze spuszczoną głową, co chwilę sięgając po nową chusteczkę. Przez głowę przechodziły tysiące myśli z siłą tsunami. Do jasnej cholery, po co mi? Mimo, że nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał, czułam się jak wygnaniec, jak gdybym już miała nie spotkać się ze swoimi bliskimi. Czułam, że droga do Warszawy to koniec wszystkiego. A powinnam przecież skakać pod chmury i z uśmiechem na ustach oznajmiać całemu światu, że lecę do Australii! Tylko, że ja wcale tego nie chciałam. Opuściłam to, co znałam na wylot, gdzie było mi dobrze na rzecz… no właśnie, na rzecz czego? Odpowiedzi nie znałam ja i nie znał jej mój mąż. On leciał do Australii z ciekawymi planami na życie, a mną targała niepewność, czy to się w ogóle może udać. Emigrację postrzegałam jako najgorszą rzecz, która kiedykolwiek mi się mogła przytrafić. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, jak ja bardzo tej emigracji potrzebowałam!

W jednym z wcześniejszych wpisów mogliście przeczytać, że podróże kształcą, a emigracja kształtuje:

Jeżeli do tej pory wydawało ci się, że twoje osobowość i charakter są już ukształtowane niczym gipsowy odlew, to zapraszam na drugi koniec świata. Warunki: kupujesz bilet w jedną stronę, miejscowość znasz wyłącznie z map google, nie znasz nikogo, nie wiesz, gdzie zamieszkasz zabrałeś jedną walizkę i chcesz w wybranym miejscu pozostać na zawsze. Zapewniam cię, że dopiero wtedy zobaczysz, jaki potencjał  w tobie drzemie, ile gór potrafisz przenieść, ile promocji znajdujesz nagle w marketach i jakie instynkty się w tobie obudzą.

Zdania nie zmieniłam. Co więcej, ten nowy świat otworzył mi okno z widokiem na nową siebie i specjalnie dla mnie przygotował nowe ścieżki do odkrycia. Czasem labirynty, gdzie niejednokrotnie chciałam uderzyć głową w mur, a czasem proste jak te na równinie Nullabor.

Czas sobie płynął, a ja z dnia na dzień czułam, że mogę więcej, niż mi się wydaje. A może po prostu nie doceniałam tego, co już umiem. Bałam się rozpoczynać wszystko od nowa, ale to przecież nie może być przypadek, że dzisiaj mieszkam w największym australijskim mieście, o którym marzą miliony ludzi. Przy każdym kolejnym małym sukcesie, strach topniał ustępując miejsca pewności siebie i determinacji w dążeniu do kolejnego celu. I to uczucie zdziwienia O, udało się?! My Polacy mamy niesamowite skłonności do umniejszania swoich osiągnięć. Zapewniam każdego z was – niepotrzebnie. Mamy się czym chwalić, a w Australii o osiągnięciach rozmawia się ot tak, zwyczajnie. W ten sposób doszłam miejsca, w którym mogę powiedzieć, że nie taka emigracja straszna, jak o niej piszą. Emigracja okazała się dla mnie szansą. Nie należy się jej bać, lecz chwytać! Co wy na to?

Jeszcze bardziej pokochałam podróże. W ciągu trzech i pół roku zdwiedziłam takie miejsca, o których mieszkając w Polsce mogłabym jedynie pomarzyć. A tu proszę, świat jest przecież taki różnorodny i piękny! Dzisiaj tu, jutro tam. Lecąc do Polski przemieszczam się w czasoprzestrzeni obserwując z błękitnej wysokości Australię, Azję i Europę i odnoszę wrażenie, że za każdym razem kula ziemska jest coraz mniejsza.

Mając przed sobą nieznaną przyszłość, doceniłam przeszłość. Uwielbiam latać do Polski i widzieć ją za każdym razem jeszcze piękniejszą. Mam najwspanialszą rodzinę, jaką sobie tylko można wymarzyć. Poziom polskiej edukacji i jakości usług znacznie przewyższają australijskie standardy, serio. W Australii też jest dobrze! Być może zostanę tutaj na wieki wieków, ale nie wykluczam, że kiedyś ponownie zamieszkam w Europie. Chcę zwiedzić Azję i marzę, żeby zatańczyć salsę na Kubie. Nie tęsknię, jeżeli chcecie o to zapytać. Emigracja otworzyła mi oczy na to, co się dzieje dookoła mnie. Tego nie widać w pudełkowym świecie, bo ściany ograniczają, kradną powietrze i promienie słońca. A ja chcę zwiedzać świat i poznawać go wszystkimi zmysłami. Na obczyźnie różnie bywa, wiadomo. Bywają złość, bezsilność i frustracja. Częściej jednak są przyjaźnie, radości małe i duże, oczekiwanie na spotkania i łzy wzruszenia. Dla takich chwil chcę żyć. Nic nie muszę, mogę wszystko. A do tego dorzucam chcę, lubię i potrafię – moje ulubione słowa. Dlatego świadomie wybieram emigrację. Emigracja jest kobietą, a kobiety są silne. Ja jestem silna. Za każdym razem, kiedy słyszę piosenkę Wielka woda Maryli Rodowicz, myślę sobie to przecież o mnie! Prowadź mnie, życie, tam gdzie muzyka gra!

Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej.
Na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej –
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów…
Na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.

Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
i opowieści rzewnych…
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych…

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra.
…nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa,
póki życie trwa.

 

Taka jest właśnie historia mojej emigracji moja droga.

Wasza obywatelka świata, Emilia Wójcik.

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Co w Perth piszczy, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Moja emigracja. Moja droga.

  1. ~Sylwia pisze:

    Dziękuje Ci za ten wpis i do zobaczenia w Sydney. Jak już tam dotrę mam nadzieję opowiesz mi więcej.

  2. ~Olga Nina pisze:

    Kompletnie się zgadzam z cytatem z poprzedniego wpisu. I trochę zazdroszczę, bo wygląda na to, że znalazłaś już swój nowy gipsowy australijski odlew 🙂 ja mojego ciągle szukam, nie czuję się tak wrośnięta w mój nowy kraj (chociaż też nie narzekam!).

  3. ~Marysia pisze:

    Super się czytało Twoją historię. Twoje słowa potwierdzają tylko znane powiedzenie: „Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Każda zmiana jest dobra czasem nawet jeśli wydaje nam się że właśnie kończy się dla nas świat – to i tak warto próbować nowych rzeczy i nie bać sie radykalnych rozwiązań. Super wpis! 🙂

  4. Pięknie to ujęłaś! Wzruszyłam się. I dziękuję bardzo za tą piosenkę.

  5. ~Ewa pisze:

    Fajnie sie czyta takich opowiesci zwlaszcze jesli dotycza ;naszych; kamiennogorzan,ktorzy odwazyli sie wyruszyc w neznany swiat. Ja tez sie odwazylam na emigracje,oczywiscie nie tak daleko ,tylko do Niemiec,ale dla mnie to byl tez inny swiat, to ze w zyciu trzeba ryzykowac to jest oczywiste,wyjechalam za pozyczone pieniadze decyzje podjelam z dnia na dzien,zapytacie,czy zaluje NIE Tutaj odnalazla mnie ta prawdziwa milosc w Polsce nie mialam szczescia po dwoch rozwodach i z dwojka dzieci zdecydowalam sie na ten krok Minelo juz 23 lata od mojej emigracji tutaj jest moj dom ,moja rodzina,moj ukochany maz ,przy ktorym czuje sie bezpieczna to wlasnie bezpieczenstwo dodaje nam sil i skrzydel,mowia ,ze z wiekiem czlowiek staje sie sentymentalny to Prawda sa chwile,kiedy wraca sie do rodzinnego miasteczka myslami,odleglosc nie jedt zbyt duza 1000km wiec staram sie odwiedzac groby rodzinne w Kam Gorze, zapytacie,czy bym wrocila NIE, Czlowiek z czasem ;przesiaka; inna kultura innym podejciem do zycia, ma tez inne priorytety,ale jedno co moge na koniec napisac to to,zeby kobiety bezwzgledu na wiek nie baly sie wyzwan ,jestesmy bardzo silnym narodem,mamy mnustwo potencjau,ktory ;doprowadzi; nas do szczescia na ktore kazdy z nas zasluguje ,wiem mozecie napisac przeciez zeby byc szczesliwym nie trzeba wyjezdzac zagranice,to Prawda,jesli ma sie to szczescie to jest oky,ale w moim przypadku musialam w swoim zyciu zmienic wszystko o 180% i udalo sie.Zycze wszystkim odwagi.Pozdrawiam serdecznie rodakow na calym swiecie

  6. ~Asia pisze:

    Ja też uważam , że wszystko w życiu dzieje się po coś. Mimo że daje ono czasem w kość i jesteśmy gotowi przyznać się do porażki, za chwilę los się odwraca:).

  7. ~Olka pisze:

    Cóż…tak odległa emigracja, zarówno pod kątem samego dystansu, jak i różnic kulturowych, zawsze chyba jest trudna. Zresztą zastanawiam się, czy w ogóle istnieje coś takiego jak łatwa emigracja. Z tym chyba zawsze wiąże się wiele emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Ale mogę na ten temat tylko teoretyzować, bo moje jedyne zmiany zamieszkania były w obrębie Polski, a później jednego miasta i jego najbliższych okolic. Niemniej cieszy to, że odnalazłaś plus w zamieszkaniu w Australii. I piękne jest też to, że z perspektywy, jaką nabrałaś, doceniasz bardziej Polskę. Mnie krótsze lub dłuższe podróże pozwalają bardziej cenić nasz kraj i to, jak nam się tutaj żyje.

  8. ~PatTravel pisze:

    Jak tak wyjeżdżałam do USA (wróciłam po 0,5 roku). Emigracja nigdy nie jest łatwa, a szczególnie jesli dotyczy tak odległych miejsc jak u Ciebie.

  9. Wiesz, co jest niesamowite? Właśnie jestem w trakcie mojej przeprowadzki „za ukochanym”. Nie na drugi koniec kuli ziemskiej. Nie. Po prostu do Rabki-Zdrój. A emocje, które opisujesz na początku tekstu to i tak dokładnie to, co mną teraz targa.

  10. ~Marcin pisze:

    Najważniejsze to być świadomym swoich wyborów oraz szczęśliwym, że tych wyborów się dokonało. Ja też mam za sobą emigrację, do Chin. Wszystko zapowiadało, że zostanę tam bardzo długo, ale losy potoczyły się inaczej i wróciłem. Wyznaję zasadę, że niczego w życiu nie wolno żałować, więc niczego nie żałuję 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *