Misz masz, pan prezes i marsz niepodległości

days-of-the-weekŻarty się skończyły, moi drodzy. Na widok daty publikacji ostatniego wpisu włosy mi się na głowie zjeżyły. Ze zjeżonymi włosami potraktowanymi uprzednio dyfuzorem wyglądam co najmniej jak król lew, który na dodatek z całej sił wali łapą w pierś rycząc frazesy o wielkiej winie. Przecież każdy, kto lwa zna wie, że to nie pierwszy i nie ostatni raz.

I tak lew lwem, ale ja nie jestem w stanie odtworzyć w porządku chronologicznym wydarzeń ostatnich dwóch tygodni. Mówią, że człowiek uczy się na błędach. Nie wiem na czyich. Człowiek może i się nauczy, ale Australopitek nie, bo po raz setny chyba pożałowałam, że nie zapisuję na bieżąco tego, co się dzieje. Teraz nie musiałabym drapać się po głowie zadając pytanie Motyla noga, no kiedy to było???  Grrrrrrrrr…. Najchętniej przybiłabym Chodakowskiej pionę za jej powiedzenie, że moje ciało może więcej niż mój umysł, bo serio nie zdawałam sobie sprawy,  jak multifunkcjonalnym stworzeniem jestem. Pewnie jeszcze kilka dni zwlekałabym z pisaniem, gdyby nie spragniona nowości teściowa. Czego to człowiek dla teściowej nie zrobi… 😉 Nie nie nie, nie ma tu cienia złośliwości, proszę się nie dopatrywać tego, o czym ja sama nawet nie pomyślałam, bo teściowa jest ok!

Szczerze zazdroszczę ludziom, którzy nowe wpisy na swoich blogach umieszczają średnio co cztery dni. Jak oni to robią? A może tak, że nie muszą się użerać z agencją nieruchomości o zwrot kaucji, zmieniać adresu w tysiącu instytucji, nie mają męża, sprzątają jeden pokój zamiast całego mieszkania. Od centa do centa, od metra do metra, jeden dzień, drugi, trzeci i nawet się nie zorientowałam, kiedy kolejne dwa tygodnie ktoś wyciął z kalendarza. Tak właśnie wciągające jest moje australijskie życie. Od spotkania z ambasadorem, poprzez mini podyplomówkę, wybieranie kapelusza na Melbourne Cup, aż po oglądanie wielorybów w oceanie w niedzielny poranek. Wszystko po raz pierwszy w życiu i również po raz pierwszy w Australii.  Niby normalne, bo człowiek uczy się całe życie, a podobno nauka w las nie idzie. No, zobaczymy.

Odkąd szanowny prezes Piotr rozpoczął nowa prace, bije rekordy przepracowanych ciężko godzin, a ja jako szeregowy biały kołnierzyk wdrażam coraz to nowe strategie zarządzania projektem prowadzenia naszego dwuosobowego gospodarstwa. Jest budżet w wysokości X dolarów i są ramy czasowe – zazwyczaj od piątku do piątku, bo wtedy przyjeżdżają z dostawą zapasów, żeby kuchnia działała jeszcze sprawniej, niż dotychczas. Jestem więc teraz kierownikiem kuchni i pralni. Mam służbowy odkurzacz, ale niestety bez możliwości rozliczania przejechanych kilometrów. Za to mogę sobie zarządzać, ile tyle dusza zapragnie. Oj jaka ja ważna jestem w tej całej hierarchii codzienności! W międzyczasie robię pompki, tańczę, piję kawę i plotkuję z Anią. Wystarczy, prawda? 

 Wczoraj parze naszych przyjaciół przyznano obywatelstwo australijskie. Była ceremonia i radość niesłychana! A jaki powód do dumy! Niestety chwilę wcześniej po obejrzeniu relacji z Polski z marszu podczas święta niepodległości moja duma poczuła ukłucie w sercu… Naprawdę zabolało, że zamiast cieszyć się wolnością kraju, idioci kroczący dumnie w jednym szeregu z kretynami wolą napierdzielać cegłówkami. Szkoda, że jeden drugiego nie trafił, może byłoby spokojniej… Następnym razem do klatek powsadzać i niech się tymi cegłówkami okładają ile fabryka dała. O jaka mądra się znalazła, powiecie, ale przynajmniej tutaj nie muszę się bać, że oberwę za orła na koszulce. Przykre, że łatwiej i bezpieczniej być patriotą na drugim końcu świata niż we własnym kraju, który jest mimo wszystko nie tylko miejscem urodzenia, ale przede wszystkim stanem świadomości…

Późno już, prezes śpi, a i mnie już powieki opadają… Planów i pomysłów mam całe mnóstwo. Czy się z Wami nimi podzielę? Bez wątpienia. Obiecuję, że wrócę niebawem z kolejną dawką moich odwróconych mądrości 🙂

 

 

 

 

 

 

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Co w Perth piszczy, Moje życie w Oz i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Misz masz, pan prezes i marsz niepodległości

  1. ~Duśka pisze:

    Bardzo pozytywny post! Niestety moja reakcja była taka sama na wieści z marszu niepodległości (też jestem za granicą)… To strasznie przykre, że naprawdę tacy ludzie istnieją… Eh, cóż…

    Mam nadzieję, że zobaczymy się w Au! 😉

  2. ~Wilk Barnaba pisze:

    To strasznie przykre, ze naprawde tacy ludzie istnieja, ktorzy uwazaja, ze najlepszym sposobem na patriotyzm (a wiec i patentem na to ) jest EMIGRACJA.
    Wyczyta taki emigrant w internecie, ze idioci z kretynami napierdzielaja sie ceglowkami. I od razu mu lepiej (emigrantowi). Bo juz wie, ze sam na 100% dokonal wlasciwego wyboru. Pelno was- nas takich na calym swiecie. Obserwuje to juz od ponad 30 lat i nic sie nie zmienia. Ta ciagla potrzeba utwierdzania sie w slusznosci wyboru (nawet jesli mam sie podeprzec klamliwa relacja z MN. (bywam na Marszach, dwudziestopieciolatka bylam na poczatku lat 80,emigrantem troche pozniej). Pozdrawiam emigrancka mlodziez.

    • Australopitek pisze:

      Pani Wilku Barnabo,

      dziekuje za komentarz, a moze lepiej – za zaczepke slowna.
      Lubie moja emigracje i dobrze mi tutaj. Jezeli dla Pani udzial w marszach to wyraz patriotyzmu – szczerze wspolczuje.

      Pozdrawiam

      • ~Wilk Barnaba pisze:

        Nie ma tu zadnego powodu do wspolczucia dla mnie, podobnie jak nie byla to zadna zaczepka slowna. W MN biore udzial i stad wiem jak to w rzeczywistosci (a nie w mediach) wyglada. Spotykam tam pieknych, mlodych Polakow w bardzo dla mnie waznym momencie zycia, tj. kiedy juz zwatpilam w istnienie takich. Na codzien zbyt duzo spotykam takich, ktorzy za wszelka cene chca opuscic Polske i boje sie, ze nikt w niej nie zostanie. Ale poniewaz sama bylam emigrantem przez ponad 25 lat, dlatego nie osadzam nikogo (wtracenie by nie byc posadzona o zaczepke 😉 .Ciesze sie z pobytu w Ojczyznie, aczkolwiek kocham rowniez Australie. Wlasnie w Perth mam groby bliskich, ale i rodzi sie wlasnie trzecie juz pokolenie moich krewnych. Lubie odkryty niedawno Twoj blog, co nie znaczy, ze musimy sie we wszystkim zgadzac. Interesujace jest dla mnie Twoje swieze spojrzenie na Australie i dlatego chetnie tu bywam, ale oczywiscie martwi mnie, ze ludzie madrzy, ciekawi sa poza Polska.
        Acha, polecam wycieczke do Albany.Dla mnie po Perth to drugie ulubione miejsce.Natomiast nigdy-Sydney – brrr
        pozdrawiam

        • Australopitek pisze:

          Pani Wilku Barnabo,

          wśród całej tej fali hejtu opacznie odczytałam Pani komentarz, jak widać niesłusznie 🙂

          Oczywiście nie musimy się we wszystkim zgadzać, doceniam polemikę.

          W Albany już byliśmy, mogłabym tam zamieszkać 🙂

          Pozdrawiam!

        • ~Smok Wawelski pisze:

          Pani Wilk Barnaba(czy raczej Wilczyca??),
          A ja piszę z tej ukochanej ojczyzny, bo szperam po blogach, by moim dorastającym synom doradzić, gdzie mają uciekać z tego grajdołka zakłamania i frazesów. Jakoś się pogodzę z tym , że może już nigdy ich nie zobaczę, bo sam za stary na emigrację. A wszystko to dzięki tak opiewanym przez panią wspaniałym , młodym patriotycznym uczestnimkom MN, którzy teraz z okrzykiem „Bóg, honor, ojczyzna” latają z bejsbolami i tłuką wszystkich, którzy nie mówią po polsku lub mają ciemniejszą karnację skóry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *