Mam tę moc?

Dzisiaj coś mało australijskiego i równie mało emigracyjnego. Za to bardzo uniwersalnego. O pisaniu będzie, chcesz poczytać? Zapraszam.

Odkąd stworzyłam sobie Australopiteka, zaczęłam czytać mnóstwo innych blogów. Tematyka ich jest przeróżna: lifestylowe, osobiste, kulinarne, podróżnicze, technologiczne, modowe i parentingowe (tak, to jest oficjalna nazwa blogów dzieciakowo-ciążowo-rodzinnych). Mam swoje bardziej i mniej ulubione. Próbowałam znaleźć wiarygodne statystyki, które wskazałyby na liczbę blogów w Polsce oraz bardziej ogólnie – polskojęzyczych, ale bezskutecznie. Skupmy się więc na tym co sprawia, że ludzie piszą w sieci. Nie trzeba tutaj być geniuszem, Ameryki też nie odkryję, jeżeli nazwę rzeczy po imieniu: autoterapia, pieniądze i sława. Czy widzę w tym coś złego? Nic a nic. Ludzie z przeróżnymi problemami, o których nam się nawet nie śni, szukają ujścia emocji, a papier  je przecież przyjmie. Podróżnicy znajdują sponsora, dzięki czemu mogą spełniać swoje marzenia o nieznanych krainach. Specjaliści z różnych dziedzin zarabiają na blogach niemałe pieniądze sprzedając swoją wiedzę. Sława? Słowo nieco na wyrost, ale rzeczywiście po jakimś czasie ludzi rozpoznaje się po nazwie bloga.

Dlaczego piszę ja? Bo piszę od zawsze, odkąd tylko dali mi pioro do ręki. Takie tzw. chińskie pióro z wciąganym atramentem. Pamiętacie jeszcze takie pióra? Niektóre bardzo „zalewały”. W podstawówce pisałam kolegom z klasy wypracowania z niemieckiego. Że taka dobra koleżanka ze mnie? Nie nie, pobierałam za to opłaty. Z każdym osobno ustalałam, jaką ocenę kolega (zazwyczaj byli to chłopcy) chce dostać i pisałam. W ten sposób spod chińskiego pióra wychodziło dziesięć wypracowań w języku niemieckim z różną, odgórnie ustalaną liczbą błędów, za to wszytstkie na ten sam temat.

Następnie pisanie listów. Po każdych rekolekcjach oazowych (tak, tak, dawne dzieje) pisałam i otrzymywałam średnio pięć listów tygodniowo. Niektóre z nich do tej pory leżą gdzieś jeszcze na półce w mieszkaniu rodziców związane tasiemką, żeby się przypadkiem nie pogubiły, bo szkoda by było. Kiedyś naleję sobie lampkę wina, zapalę świeczkę i będę się w nich zaczytywać, śmiać się sama do siebie, ocierać łezkę na wspomnienie pierwszej miłości i zadawać tysiące razy to samo pytanie – czy to naprawdę ja napisałam?

W szkole średniej pole do popisu stanowiły wypracowania. Wcielałam się np. w różne postaci, na zasadzie jak by to było być nim/nią? W ten oto sposób przeobraziłam się pewnego razu np. w trędowatego, którego uzdrowił święty Franciszek. Za każdym razem jednak dostawałam jakieś wtytczne, musi być tak i nie inaczej, w zeszycie w szeroką linię, niebieskim atramentem i najlepiej, żeby nie wykraczać poza margines. A marginesy  przecież człowieka ograniczają.

Czas studiów niestety musiałam poświęcić na czytanie w osiemdzisięciu procentach beznadziejnych lektur. A że studiowałam dwa języki obce to miałam podwójnie przes…ne. Wybaczcie drodzy wykładowcy, albo i nie wybaczajcie, ale kanon lektur na kierunkach filologicznych jest stary jak matka ziemia i nad połową książek zasnęłam przy pierwszym rozdziale. Ich znajomość jest mi dzisiaj tak potrzebna, jak łopata do odśnieżania w Australii Zachodniej. A do znajomości samych języków czytanie staroci ma się to nijak. (Czy spotykacie nauczycieli mówiących do uczniów językiem Goethego czy Lermontowa? No właśnie.) W ten jednak sposób pisanie poszło w odstawkę. Do momentu, aż dostałam ostatnią szansę od losu (czyt. uczelni), żeby obronić pracę magisterską. Szybko sobie przypomniałam, do czego służy ruska czcionka na klawiaturze i napisałam pracę w trzy tygodnie. Czyli to pisanie gdzieś tam w zacienionym kącie czekało, aby w odpowiednim momencie wyskoczyć Tadam, to ja, twoja tajna broń!

Ostatni etap to blog. Miało być prosto i niewinnie – dla rodziców i znajomych. Żeby wiedzieli na bieżąco, co się u nas dzieje. I dla własnej wygody, żebym nie musiała odpowiadać na dziesiątki tych samych pytań każdemu z osobna.  Takie pitu pitu 🙂 Teraz nie muszę pisać na ocenę czy zaliczenie lub z określoną liczbą słów. Mój blog jest moją twierdzą. Z jednej strony mogę się zamknąć w czterech ścianach, przekręcić gałkę od radia, żeby mi gdzieś tam w tle mruczało i klepać sobie do woli w klawiaturę. I tak po nitce do kłębka, od słowa do zdania, a od zdania do tekstu… Mogę kasować, pisać od nowa, zmieniać szyki z prostego  na przestawny tak długo, aż uznam, że to jest odpowiedni moment, aby tekst ujrzał światło dzienne. Pisanie pozwala zatrzymać się na chwilę,  złapać oddech, uchwycić myśl, powrócić do samej siebie za jakiś czas i dostrzec zmiany w sobie samej i dookoła. Nie wierzysz? To weź do ręki jakikolwiek tekst, który napisałeś kilka lat temu, przeczytaj na głos i spórz w lustro. Widzisz swoją minę?

Pisanie to wolność słowa i wyboru. Nie mam nad sobą korpo deadline’ów, sama sobie jestem tutaj szefową. Sama decyduję też, o czym chcę napisać. Układ  prawie idealny 🙂 O ile piszesz do szuflady, możesz być tej wolności pewien. Tylko uważaj, bo w momencie, kiedy ktoś spoza twierdzy czyta twój tekst, wolność ta traci swą bezwarunkowość. Nadal masz tę moc, tylko że z publikacją w sieci wiążą się pewne konsekwencje, z których należy sobie zdawać sprawę. Słowo pisane, zwłaszcza w internecie niesie się z prędkością światła. To trochę tak, jak z plotkowaniem – roznosi się samo przez siebie. Niestety nigdy nie będzie tak, że wszystkim jednogłośnie twoja praca  się sposoba. Jak napisała mi jedna pani w komentarzu, że zadowolić wszystkich się nie da, ale wk…ć wszystkich to już żaden problem 🙂 Konsekwencja idzie więc w parze z odpowiedzialnością. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B.

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Mam tę moc?

  1. Fifi pisze:

    Fajnie się Ciebie czyta. Jakbym czytała własne pobudki, który pchnęły mnie do założenia bloga. Wcześniej pisałam maile do przyjaciółki, nie oczekując odpowiedzi. Ona wiedziała, że piszę do niej, ale tak naprawdę dla siebie. Potrzebowałam zebrać i uporządkować myśli. Często pisząc, łapałam się na tym, że klocki zaczynają mi się układać w całość, wyciągałam wnioski, do których bez spisania myśli nie potrafiłam dojść.
    Powodzenia 🙂

    • ~Australopitek pisze:

      Dziekuje bardzo za komentarz. Dokladnie tak to jest z tymi klockami 🙂

      Pozdrawiam
      Emilia

      • Fifi pisze:

        Czasem tylko zastanawiam się, czy do końca zdaję sobie sprawę z konsekwencji odkrywania się w internecie…

        • Australopitek pisze:

          Wiesz, slowo w sieci roznosi sie blyskawicznie. Taki urok, albo i nie-urok 🙂
          Ale jezeli nic nie napiszesz/nie opublikujesz to sie nie dowiesz.
          Pisanie niesie ze soba nie tylko przykre konsekwencje, ale rowniez wiele milych odpowiedzi, tak wiec do dziela!
          Pozdrawiam
          Emilia

  2. Agness pisze:

    Bardzo przyjemnie się czyta, widać, że sprawia Ci to przyjemność. Ja piszę (tak na serio) dopiero od niedawna, ale gdzieś zawsze to pisanie we mnie siedziało. Bloga zaczęłam w ramach autoterapii właśnie a teraz robie to, bo to po prostu lubie.
    Pozdrawiam

    • Australopitek pisze:

      To prawda, pisanie to dla mnie przyjemnosc i odskocznia 😉

      Mam juz kawe na biurku i zaraz poczytam sobie Twoj blog na dobry poczatek dnia 😉

      Pozdrawiam
      Emilia

  3. ~Jorguś pisze:

    te,Cila
    ale o co sie rozchodzi? bo za pierona niy rozumia 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *