Kalbarri i Exmouth, czyli kierunek północ.

IMG_9815 (2)Dostałam przypominajkę od admina blogowni, że od miesiąca nie dodałam żadnego wpisu. Ano nie dodałam. Po wakacjach brutalna rzeczywistość rzuciła nas wir pracy i nie łatwo się w niego wykręcić. Ciężko jest wrócić z raju na ziemię. Mieszkanie przypominało mini piaskownice, ale już wszystko ogarnięte i sprzęt na kemping już od kilku ładnych dni odpoczywa w swoim kacie, a i Suzi dostała porządne lanie… wodą. Uwierzcie, że zupełnie zasłużone 😉

Przez moment żyłam w bajce. Spakowaliśmy do naszej karety pałac, trony i kilka innych bajkowych rekwizytów i pojechaliśmy na wakacje. Tym razem dla odmiany wybraliśmy się 1300 km północ od Perth. W bajkowych czasach nie było samolotów, więc porównanie do karety myślę, że trafne, bo jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy przed siebie jak ten goniec królewski. Australijskie drogi poza miastami zdają się nie mieć końca. Wydaje ci się, że widzisz koniec drogi? Masz racje, to tylko ci się wydaje. Dochodzi do tego, że nie wiesz co widzisz – asfalt czy niebo, ale co za różnica, jedziesz dalej.

Naszym pierwszym przystankiem było Kalbarri, około 600 km od Perth. Zarezerwowaliśmy sobie miejscówkę od strony rzeki. Warto wspomnieć, że w Australii są rożne typy pol kempingowych, od takich w połowie dzikich do zupełnie zorganizowanych. W tych pierwszych można rozbić namiot za drobną opłatą, ale zgodnie z zasadą kto pierwszy ten lepszy i miejsce znajdą ci, którym chce się rano zwlec tyłek z łóżka i wskoczyć do auta, żeby pokonać te – zazwyczaj – kilkaset kilometrów. Na tych zupełnie zorganizowanych kempingach namiotu nie rozłożysz sobie ot tak, gdzie popadanie. Musisz sobie zarezerwować kwaterkę, czyli kawałek ziemi, na którym spokojnie zmieścisz namiot i samochód. Kwaterki mogą mieć podłączenie do zasilania i wtedy biwakujesz jak mieszczuch. Jeśli zasilania nie ma – nie szkodzi, najwyżej nie naładujesz telefonu. Na tych bardziej cywilizowanych kempingach są dostępne kuchnia, łazienki, często jest też basen i plac zabaw dla dzieci.

Na dzikich kempingach dostępne są jedynie toalety i umywalki, a reszta? Pfff… kto by się tam martwił 😉

O ile w okresie świąteczno-noworocznym kwaterki należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem, tak w lutym i marcu kempingi są w połowie puste i nie inaczej było w Kalbarri. Nam to bardzo odpowiadało, bo z prysznica można było korzystać na spokojnie o każdej porze dnia, a przez kuchnię nie przewalały się dzikie tłumy głodomorów.

Co do zwiedzania to nie mamy się tym razem czym pochwalić, bo w Kalbarri zostaliśmy tylko na dwie noce i niewiele udało nam się zobaczyć. Przez jeden dzień zwiedzaliśmy wybrzeże z charakterystycznymi dla Kalbarri klifami.

A przed wyjazdem wjechaliśmy na chwilę do Parku Narodowego, żeby zobaczyć największą atrakcję Kalbarri – naturalne okno. Wygląda ono tak:

Najlepiej pojechać z samego rana. Po pierwsze dlatego, że nie będzie jeszcze tak gorąco – w Kalbarri jest o kilka stopni Celsjusza więcej niż w Perth, a po drugie można na spokojnie to słynne okno zobaczyć, bo później tworzy się tam multi kulti korek na całego. Myślę, że wrócimy tam w listopadzie, kiedy to odwiedzą nas pierwsi goście z Polski, więc może to, co widzieliśmy teraz pozostanie niedopowiedziane, bo ochotę na więcej Kalbarri na pewno mamy.

Po przystanku w Kalbarri zaprzęgliśmy konie i wio następne 800 km na północ. Uwaga, napisałam na początku wpisu, że trasa miała 1300 km. Tak, jeżeli jedziesz prosto z Perth do Exmouth, a jeżeli zatrzymujesz się w Kalbarri to zjeżdża się z trasy, przez co spory kawałek trzeba później nadrobić. Ważne, żeby przed tak długą trasą być wypoczętym, bo jazda po Australii naprawdę jest mecząca i wraz ze zmęczeniem zmniejsza się czujność. Stacje benzynowe są mniej więcej co 200 km, więc po pierwsze – dolewaj benzynę jeżeli tylko masz taką możliwość dla pewności, że nie zatrzymasz się niespodziewanie dla samego siebie, a po drugie – jeśli czujesz, że potrzebujesz orzeźwienia, zatrzymaj się na parkingu lub kolejnej stacji i wlej w siebie kubek kofeiny, zrób kilka skłonów lub przysiadów. To działa!

Droga do Exmouth jest jak zoo – nigdy nie wiesz, co ci na ulicę wyskoczy. I jeśli myślisz, że w pierwszej kolejności będzie to kangur to jesteś w błędzie. Pomiędzy Kalbarri i Exmouth widzieliśmy przede wszystkim kozy, owce i – uwaga – krowy. Zdziwieni? My też byliśmy. Od razu noga z gazu, bo za takie spotkanie z krówką to ja podziękuje. Do Exmouth dotarliśmy już po zmroku i zastanawialiśmy się, czy nam nie urwie głowy, tak mocno wiało. Namiot trochę się chwiał, ale na następny dzień przestawiliśmy go w bardziej osłonięte od wiatru miejsce i było znośnie. Exmouth często nawiedzają cyklony i tego się obawialiśmy, ale uspokoiło się po jednym dniu. Na następny dzień, w niedzielę postanowiliśmy pójść do lokalnego katolickiego kościoła. Po pierwszym zdaniu, które ksiądz wypowiedział, Piotrek spojrzał na mnie i szepnął: Polak. I miał racje. Zamieniliśmy z księdzem kilka zdań po mszy i okazało się, że co tydzień jeżdżą z Carnarvon do Exmouth właśnie po to, żeby odprawić mszę. Bagatela 300 km 😉

Im dalej na północ od Perth, tym cieplej. Podczas naszego pobytu w Exmouth temperatura nie spadła poniżej 35 stopni Celsjusza, ale ludzie w mieście mówili, ze to najzimniejsze lato od kilku lat, bo o tej porze roku przeciętna temperatura to 43 stopnie i 80% wilgotności powietrza. Nieźle, co?

Kiedyś już wspominałam, że pierwszą rzeczą, którą robimy w miejscu wypoczynku to wizyta w punkcie informacji turystycznej. Również tym razem nabraliśmy tyle map i ulotek, jakbyśmy takie widzieli pierwszy raz w życiu. Studiując mapę zdaliśmy sobie sprawę, że naszym miejscem wypoczynku jest nie Exmouth, ale cały przylądek. Co to oznaczało? Że jest jedna tylko droga okrążająca półwysep i nie ma żadnych skrótów, żeby dojechać z puntu A do B, bo pomiędzy są góry i nie ma innego wyjścia jak posłusznie pokonywać kolejne kilometry od plaży do plaży. Naszym ukochanym miejscem jednogłośnie została Zatoka Turkusowa. Odległość od Exmouth – 70 km… Nie patrz tak, my naprawdę taki kawal drogi jeździliśmy na plażę. Rano pakowaliśmy do Suzi  jedzenie i każdy możliwy sprzęt plażowy i znikaliśmy z pola widzenia na cały dzień.

W Zatoce Turkusowej po raz pierwszy założyłam maskę do nurkowania i płetwy – mąż postanowił, że się nauczę 😉 Nie jest to trudne, wiec po chwili popłynęliśmy dalej od brzegu. A tam… korale! Wzdłuż wybrzeża Cape Range National Park na długości około 200 km rozciąga się rafa Ningaloo, cudo świata!

Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego! Dużo korali. Male, duże, średnie, nie wiesz gdzie patrzeć. Niektóre zaraz przy dnie, ale o te duże można zahaczyć nogami jeśli akurat nurkujesz w czasie odpływu. Idźmy dalej, są korale – są ryby. Nie możesz zapiszczeć z zachwytu, bo się napijesz słonej wody. Nie przesadzę jeśli powiem, że czułam się… jak ryba w wodzie, bo z kim przestajesz – takim się stajesz. Chwila odpoczynku pod parasolem i do wody, żeby napatrzeć się na zapas. Pływaliśmy z ławicami ryb, spotkaliśmy kilka żółwi i płaszczek. Piotrek widział też rekiny rafowe, które teoretycznie nie są zainteresowane zjadaniem ludzi, więc można spokojnie obok takiego przepłynąć. Teoretycznie, bo od lokalnego przewodnika dowiedzieliśmy się, że zdarzało się, że podrażniony rekin dziabnął kogoś w nogę lub rękę. Piotrek dotarł do brzegu na szczęście w jednym kawałku.

Na jednej z plaż przewodniczki z parku narodowego opowiadały, jak wygląda proces składania jaj przez żółwie i później wykluwania się maleńkich żółwików. Piotrek szybko podchwycił pomysł podglądania żółwi i później dwa razy pojechaliśmy po zmroku na plażę, ale nie mieliśmy szczęścia. Przy trzeciej próbie zaprotestowałam, bo było już późno, po całym dniu nurkowania byłam zmęczona, ale mój małżonek uparł się i wściekła jak diabli pojechałam. Tym razem udaliśmy się na plażę, która nam poleciła pani na wjeździe do parku narodowego, a lokalni znają się podobno najlepiej. I tak idziemy w tym piachu, aż tu nagle przed oczami pojawił się nam.. ślad po oponie od traktora? Nie! Ślad żółwicy! Rozglądamy się i co widzimy? Wielką półtorametrowa żółwicę kopiącą dol! Zgodnie ze wskazówkami pań przewodniczek od razu zamieniliśmy się w skały, żeby jej nie wystraszyć. Zero fleszy, aparatów, telefonów, latarek. Później w pozycji deski doczołgaliśmy się na odległość metra i przez następne dwie godziny obserwowaliśmy najpierw właśnie kopanie dołu – żółwica płetwami odgarnia piach rozsypując go na odległość kilku metrów, następnie składanie jaj i zasypywanie, czyli tworzenie gniazda, z którego za kilkanaście tygodni maleństwa wyklują się i zwieją do oceanu. Naprawdę mieliśmy niesamowite szczęście, ze udało nam się to wszystko zobaczyć!

Łącznie objechaliśmy cały przylądek – od Coral Bay aż do Yardie Creek. Często z tych przylądkowych wojaży wracaliśmy po zmroku tą jedną jedyną drogą, wyboru nie było. Wtedy zrozumieliśmy, że przestrogi Uważajcie, bo wam kangur wyskoczy to nie przelewki. 50km/h to była maksymalna prędkość, z którą się poruszaliśmy jednocześnie często zatrzymując, żeby kangurek sobie przeskoczył. Taaa… kangurek.. yhmmm.. inaczej je wtedy nazywaliśmy jadąc po tym torze przeszkód. Rzeczywiście kangury niespodziewanie wyskakują przed maskę, ponieważ… ponieważ dlaczego nie? One nie rozumieją zagrożenia, że polegną w starciu z jadącym samochodem, a światła je oślepiają. Kangur wyskoczy, polegnie lub nie, a kierowca i tak zostaje często z uszkodzoną chłodnica lub w najlepszym wypadku z potłuczonymi reflektorami. Dlatego mnóstwo samochodów zamontowane z przodu maski metalowe rury amortyzujące zderzenie.

Słowami nie da się opisać wszystkiego, co widzieliśmy. Czułam się że na tej australijskiej peryferii jak słabe ogniwo natury. Nic tu po posiadaniu przywileju bycia homo sapiens, bo na przylądku Exmouth to natura rządzi, nie człowiek. To nie struś biegający na wolności ma uciekać spod kół samochodu, lecz kierowca zatrzymuje się, kiedy szanowny struś zechce sobie właśnie przekroczyć jezdnie. Możesz sobie pływać z rybkami, ale jeśli wejdziesz w drogę płaszczce to dostaniesz z ogona i będzie bolało. Jednak zderzyłeś się z kangurem? Oj, biedny … nie, nie ty, biedny kangur…

Tak właśnie żyje się w Exmouth. Daleko wszędzie, drożej niż w Perth (nie sądziłam, że to możliwe), ale jednak miejscowi kochają to miejsce miłością bezgraniczną. Tam właśnie można się nauczyć tej prawdziwej i dzikiej Australii. Jak dotąd był to nasz najpiękniejszy australijski urlop.

Według ostatnich doniesień z każdej możliwej strony, nad północnym wybrzeżem Australii Zachodniej przeszedł cyklon o o prędkości około 200 km/h. Pozrywało dachy, pozalewało drogi dojazdowe… W oficjalnym komunikacie została nakazana ewakuacja min. z kempingu, gdzie mieliśmy naszą bazę. A ja się nie domyśliłam wcześniej, dlaczego te wszystkie domy budowane są na palach. Teraz już wiem 🙁 Dla mieszkańców Exmouth cyklony nie są zaskoczeniem, bo od zawsze nawiedzają przylądek, ale smutno tak czy siak…

Polubiłam cię Exmouth i jeszcze cię odwiedzę 🙂

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje życie w Oz, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kalbarri i Exmouth, czyli kierunek północ.

  1. AnnaG pisze:

    Witam Pięknie to opisujesz więc chyba musi tam być pięknie. Zazdroszcze karmy dla oczu. Ja mogę się karmić tylko 50 cali a to przecież nie to samo i HD tu nie pomoże :).
    Pozdrawiam http://annakobieta70.blog.pl

  2. Jakbym tam był. Wszystko ładnie pokazane i opisane 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *