Jeden dzień w Canberze

Do Canberry dotarliśmy przypadkiem w styczniu tego roku. Kiedy podczas wakacji w Jervis Bay, zamiast spodziewanego słońca na niebie pojawiły się deszczowe chmury i plażowanie nie miało najmniejszego sensu, szybko sprawdziliśmy na mapie odległość do stolicy. Dwie i pół godziny jazdy samochodem w jedną stronę – jedziemy? Jedziemy. Nie planowaliśmy tej wycieczki, ale co tam, widocznie to był ten właściwy czas.

Już wcześniej słyszałam kilka teorii, dlaczego stolica Australii powstała jakby od niechcenia, w buszu i pośrodku niczego. Mimo, że kolonizatorzy dotarli tutaj już około 1820 roku, wciąż to lokalizacje nadbrzeżne były o wiele bardziej atrakcyjne ze względów ekonomicznych. A jednak.

Wraz z założeniem Federacji w 1901 roku, powstał parlament z tymczasową siedzibą w Melbourne. Wkrótce rozpoczęły się poszukiwania miejsca na mapie Australii, gdzie mogłaby powstać stolica państwa. Rząd Nowej Południowej Walii przedstawił raport, w którym wymienił trzy miejscowości położone w różnych częściach stanu: Bombala, Orange i Yass-Canberra.  Decyzja zapadła w 1908 roku, a dwa lata później Canberrę ogłoszono oficjalną stolicą Australii. Zaraz po tym rozpoczęły się badania geodezyjne i prace budowlane ruszyły pełną parą. Stworzyć coś z niczego, wybudować stolicę to przecież nie lada zadanie.

Wybór lokalizacji nie był przypadkowy. Pierwszym kryterium było położenie. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać mało racjonalne, ale czytajcie dalej. Nie mogło to być wybrzeże, ponieważ Australia była młodym państwem powstałym w dobie kolonizacji. Istniało więc ryzyko atatków ze statków innych państw dopływających do wybrzeży kontynentu. Innym czynnikiem była pogoda. Zbyt wysokie temperatury w czasie letnim wykluczyły możliwość ustanowienia stolicą Australii zarówno Melbourne, jak i Sydney. Europejczycy zdecydowanie bardziej wydajnie pracują w niższych temperaturach. Zgadzam się, że australijskie upały bywają niezwykle męczące i zapał do pracy jest bliski zeru, zwłaszcza w pomieszczeniach bez klimatyzacji.

To wszystko ma sens, prawda? Jednak inna, mniej oficjalna teoria mówi o odwiecznej rywalizacji Melbourne i Sydney o miano naj australijskiego miasta. Obecnie mieszkańcy zarówno Sydney, jak i Melbourne wciąż są przekonani, że to w ich mieście żyje się najlepiej na świecie. To ich miasta są najpiękniejsze i najwspanialsze pod każdym możliwym względem. Wiecie jednak, jak to jest – gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta i dlatego stolica leży pomiędzy.

Czy warto było więc zrywać się wcześnie rano i gnać ponad dwieście kilometrów w jedną stronę, żeby spędzić dzień w Canberze? Odpowiadam: tak, tak i jeszcze raz tak. Mówi się, że w stolicy Australii wieje nudą stówę na godzinę. Mimo, że krajobraz Canberry nie zachwyca, to warto tu przyjechać chociażby dla krótkiej lekcji krajoznawstwa. To tutaj znajduje się siedziba parlamentu, miejsce, gdzie zapadają najważniejsze decyzje dotyczące całego kraju. Gdzie politycy obradują, kłócąc się i przekrzykując, podobnie jak w Polsce. I wbrew pozorom i powszechnej opinii, nie zanudziliśmy się. To miejsce pochłonęło nas na dobrych kilka godzin i żałowalismy, że czas minął tak szybko.

Pierwszym punktem naszej wyprawy było zwiedzanie parlamentu Australii. Kilka razy dziennie, przez prawie wszystkie dni w roku, przewodnicy oprowadzają po korytarzach i salach budynku. Opowiadają o historii ziemi, na której powstała stolica. Przed pojawieniem się europejczyków, tereny dzisiejszej Canberry zamieszkiwały aborygeńskie plemiona Ngunnawal, a nazwa stolicy pochodzi od aborygeńskiego słowa Kamberra.

Tego dnia mieliśmy niesamowite szczęście. Przewodnik, który opowiadał nam o Canberze i funcjonowaniu parlamentu, był tutaj od początku, to znaczy od kiedy tylko nowy budynek parlamentu (przeniesiony ze starego w 1988 roku) został udostępniony dla zwiedzających. A w dniu, w którym oprowadzał naszą grupę kończył pracę. Wielka szkoda, że inni nie mogą go już posłuchać, bo opowiadał wszystko z niebywałym zaangażowaniem, zupełnie jakby mówił tylko dla nas i do nas.

Parlament australijski składa się z Izby Reprezentanów i Senatu. Jednym z elementów zwiedzania są sale obydwu izb. To niesamowie uczucie móc usiąść i zobaczyć, jak w rzeczywistości wygląda pomieszczenie, w którym na środku siedzi premier rządu, a dookoła w ustalonym porządku jego partia, opozycja i pozostali – w Izbie Reprezentantów jest łącznie stu pięćdziesięciu posłów. Jest też Speaker, odpowiednik polskiego marszałka, który udziela posłom i ministrom głosu i co jakiś czas przywołuje wszystkich do  porządku.

W Senacie za to zasiada siedemdziesięciu sześciu senatorów – dwunastu z każdego stanu oraz po dwóch z Terytorium Stołecznego i Terytorium Północnego. Kolory obydwu pomieszczeń nie są przypadkowym wyborem architektów. Czerwień Senatu jest związana z brytyjską Izbą Lordów, natomiast zieleń Izby Reprezentantow to kolor brytyjskiej Izby Gmin.

Zwiedzanie z przewodnikiem jest wskazane, lecz oczywiście nie obowiązkowe. Można po prostu pospacerować po budynku, zaglądając do wszystkich otwartych sal. Ściany zdobi galeria portretów premierów Australii, a w gablotach są również informacje na temat pracy obydwu izb. My jednaky uważamy, że to nie to samo i zawsze wybieramy zwiedzanie z przewodnikiem. Papier nie przekaże mimiki, gestykulacji, emocji i ukrytych smaczków, które znają tylko przewodnicy (i mówię to jako przewodnik:)).

       

Drugim miejscem, które odwiedziliśmy w Canberze tego dnia był War Memorial. To miejsce łączące w sobie jednocześnie muzeum i świątynię. Co roku, 25 kwietnia Australijczycy świętują ANZAC Day (Australia New Zealand Army Corps Day). Jest to czas upamiętnienia udziału wojsk australijskich i nowozelandzkich w konfliktach zbrojnych na świecie. War Memorial jest czynny przez cały rok – poza pierwszym dniem Świąt Bożego Narodzenia. Jest to miejsce niesamowite, w którym przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku nie tylko gloryfikuje się żołnierzy australijskich poległych podczas pierwszej wojny światowej, ale przez cały czas pielęgnuje się pamięć o nich. Również tutaj przewodnicy oprowadzają po salach i zakamarkach ogromnego kompleksu, a w ich opowieściach czuć ich pasję do przekazywania swojej wiedzy przybyszom. Na jednej ze ścian rozciągają się liany czerwonych maków symbolizujących ponad sto dwa tysiące żołnierzy, którzy stracili życie w służbie swojej ukochanej Australii. Codziennie, na zakończenie dnia przewodnik opowiada historię jednego z nich.

  

Trzeba minąć maki, żeby dotrzeć do serca War Memorial – Sali Pamięci. Przypomina ona kaplicę, na której ścianach bohaterowie przedstawieni są niemal jak święci. Ogarniętą półmrokiem Salę Pamięci zwiedza się w ciszy i zadumie, to miejsce kultu z Grobem Nieznanego Żołnierza w centralnym punkcie.

  Wymieniłam zaledwie kilka rzeczy, na które warto zwrócic uwagę w War Memorial. Oprócz tego dla tych, którzy poczują niedosyt wiedzy, udostępniona jest do zwiedzania wielka hala z samolotami, które były wykorzystywane w bitwach powietrznych. Jest również park rzeźb oraz wystawa czołgów.

Zwiedzanie zarówno budynku parlamentu, jak i War Memorial z przewodnikiem nie kosztuje nic. Warto jednak sprawdzić na stronach internetowych obydwu miejsc, o której godzinie wycieczka rozpoczyna się i być może należy zarezerwować sobie miejsce w grupie.

Canberra nie jest może popularnym kierunkiem wakacyjnym Australijczyków, ale to nie znaczy, że tam wcale nie jeżdżą. Istnieje nawet rządowy program dofinansowania wycieczek do Canberry dla dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjum.

Chciałoby się powiedzieć, że wizyta w Canberze to jakby spotkanie u źródła, ale to niemożliwe, bo przecież to miasto jest sztucznym tworem. Historia tych terenów sprzed powstania miasta jest zapewne o wiele ciekawsza. Myślę jednak, że taki jednodniowy wyjazd do stolicy pozwala przynajmniej w niewielkiej części zrozumieć Australię jako państwo, zwłaszcza przyjezdnym takim jak my, dla których Australia stała się drugim domem. 

 

 

 

 

 

 

 

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australia z przymrużeniem oka, Australijskie realia, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.