Boże Narodzenie na kempingu, czyli o procesie australizacji

IMG_7486-1Po dwóch tygodniach odpoczynku i lenistwa powoli wracam do rzeczywistości. Powiedziałabym nawet, że bardzo powoli. Uwielbiam urlopy, kiedy można na siebie rano narzucić cokolwiek, kiedy zapominam o makijażu i mój mózg samoistnie oczyszcza się z brudów dnia powszedniego. Tak właśnie spędziliśmy święta i nowy rok. Postawiliśmy na kemping.

Australijczycy nie obchodzą Bożego Narodzenia tak wystawnie i tradycyjnie jak my. Jeżeli świętują, to wyłącznie 25. grudnia spotykając się na uroczystym obiedzie. Spora część firm zamyka biura na okres świąteczno-noworoczny i dlatego Australijczycy najczęściej ten czas traktują jako kolejną okazję do urlopu. W Australii wyjazdy na kempingi w sezonie letnim są tak samo popularne jak na drugiej półkuli w tym samym czasie jazda na nartach. Ulegając procesowi australizacjii zaopatrzyliśmy się kompleksowo w sprzęt na takie właśnie wypady. Weszliśmy z listą zakupów do jednego tylko sklepu i opuściliśmy go z jednym wózkiem. Cud? Nie, to był wózek towarowy. Okazało się również, że nasza Suzi wcale nie jest aż tak duża, jak nam się wydawało.

W pierwszy dzień świąt z samego rana wraz z naszą australijską familią pognaliśmy cały zaprzęg koni mechanicznych do parku narodowego Wellington (50km od Bunbury). Warunki prawie woodstockowe – zadoopie totalne, ale za to jakie fajne! Jezioro z krystalicznie czystą wodą nawet wtedy, kiedy zanurzasz się po szyję, kolorowe papugi dające się przekupić orzechami i słońce… tyle słońca, ile się komu tylko zamarzy! Każde z nas miało wiec swój raj – ja kocyk i leżenie, a Piotrek pływanie na drugi koniec jeziora. Pająki też były… wielkie jak połowa mojej dłoni. O matko, prawie zawału dostałam, kiedy zobaczyłam te świecące odwłoki na ścianie toalety w środku nocy… No ale moi drodzy, taki mamy klimat. Jest Australia – są pająki. Te czarne bydlaki na swoje i moje szczęście okazały się nieszkodliwe.

Kilka dni później część znajomków wróciła do Perth, a my pojechaliśmy sami już do Albany, czyli 300 km dalej na południowy wschód. Mieliśmy szczęście, że udało nam się zarezerwować miejsce na kempingu, bo obłożenie wszystkich możliwych noclegowni w sezonie jest stuprocentowe. My jesteśmy dopiero początkujący w biwakowaniu, ale ludzie tutaj przyjeżdżają dosłownie całymi taborami. Dzieciaki jeżdżą na rowerach samopas, a w powietrzu unosi się zapach grillowanego mięcha. Normalka. Tym razem warunki były wręcz komfortowe, bo mogliśmy korzystać z prysznica z ciepłą wodą. Nie było już tak upalnie, co nam akurat bardzo odpowiadało, bo nastawialiśmy się bardziej na zwiedzanie, niż na kolejne dni plażowania. Zwiedziliśmy całkiem sporo (bo my zawsze zwiedzamy wszystko po kolei) – od miejsca polowania na wieloryby, przez elektrownię wiatrową pośrodku buszu, fabrykę kosmetyków z drzewa sandałowego, rezerwaty przyrody aż po niezliczoną liczbę przeróżnych skał i punktów widokowych. W ten sposób zobaczyliśmy niewielki kawałek zupełnie innej Australii, którą znamy z Perth i północy. Przede wszystkim dużo więcej zieleni i mimo, że mnóstwo turystów to jakoś nikt się o siebie nie potykał. Przyroda Australii pozostanie na zawsze dzika i nieujarzmiona. Może być nie wiadomo jak przygotowana dla turystów, ale wystarczy moment, kiedy porządnie zawieje, zaleje, spali się i wtedy koniec balu. Najczęściej te naturalne pomniki przyrody zwiedza się na własne ryzyko, o czym informują tabliczki na wjazdach. Uwierzcie mi, że zwiedzających nie odstraszają nawet węże, obok których można przejść i nawet tego nie zauważyć. To, że tak się właśnie stało uświadomił mi mój mąż wskazując na małe czarne coś wijące się za kilka kroków za mną. Reakcja podobna jak na widok pająków – paraliż całego ciała i myśli uciekać czy walić butem? Wg mnie to była jaszczurka bez nóg, ale Piotrek upiera się, że to wąż, więc niech mu będzie – jak spaść, to z wysokiego konia 🙂

Ja byłam święcie przekonana, że w Australii na kempingi jeździ każdy niezależnie od wieku, płci i narodowości, ale rzeczywistość zweryfikowała moje wierzenia, bo nie zobaczyłam na polu namiotowym ani jednego Azjaty ani Hindusa. Oni jacyś tacy miastowi są 🙂 W każdym razie my już australijskie wymogi kempingowe spełniamy: sprzęt jest, samochód też. Wystarczy więc szybka decyzja i już nas nie ma na weekend.

Wczoraj rano doczołgałam się do biura z jeszcze półprzymkniętymi powiekami, mówię Dzień dobry, team!, słyszę w odpowiedzi chór dziewięciu chłopa Dzień dobry, Emilia! Wbiję się więc w mój korpo kieracik, ale nie na długo, bo następne wakacje tuż tuż… 🙂

A takie cuda widzieliśmy (zdjęcia autorstwa mojego prywatnego męża:-))

IMG_6288-1 IMG_6382 IMG_7457-1 IMG_7679-1 IMG_8027-1 IMG_8249-1

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Moje życie w Oz, Pojechali! i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Boże Narodzenie na kempingu, czyli o procesie australizacji

  1. ~Endżi pisze:

    Oł maj gad!!! Cudne widoki na tym kempingu,u nas w święta było szaro-buro,wczoraj sypnęło śniegiem,mam nadzieję że za niecałe dwa sezony ja też będę kempingować w Boże Narodzenie 🙂
    Pozdrówki noworoczne,miałam się z mailem ogarnąć ale jak zawsze czasu brakło :*

  2. Zdjęcia cuuudowne, tych pająków to bym chyba tam nie zaniosła, jedyny strach, przez który bym do Australii nie pojechała, chociaż dla takich widoków… :3 🙂
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie!

  3. ~J4 pisze:

    Ciekawe, Park Narodowy Wellington, muszę obczaić.
    Polecam Stirling Range, w szczegolnosci szczyt Toolbrunupm choc jest troche strasznie;)

    BTW: jak to mozliwe, ze jadac do Exmouth nie zaliczyliscie Shark Bay?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *