Anzac Day i pustynia z kamiennymi wieżami

IMG_20140425_212939 (640x480)Przyznaję, że ciężko mi było wybrać zdjęcie tytułowe dla dzisiejszego wpisu. Stawiam więc na motyw przewodni wczorajszego dnia i zabieram się do pisania. Wczoraj opadłam już z sił, wybaczcie. Kwiecień w tym roku jest dla Australijczyków wyjątkowo łaskawy.  Jeszcze nie zdążyli na dobre wrócić do pracy po Wielkanocy, a tu kolejny wolny dzień. Ale za to jaki!

25 kwietnia 1915 roku żołnierze z Australii i Nowej Zelandii wylądowali na półwyspie Gallipoli jako część wojsk Wielkiej Brytanii w celu wsparcia Ententy w walce o wyeliminowanie Imperium Osmańskiego z wojny. Rok później dzień ten został nazwany Anzac Day (Australian and New Zealand Army Corps), a po raz pierwszy uroczystości upamiętniające poświęcenie sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy obchodzono w 1942 roku. I tak zostało do dzisiaj.

O świcie odbywa się uroczysty apel, ale niestety nie wystarczyło nam motywacji, żeby wstać tak wcześnie. Za to postanowiłam, że parady w mieście nie opuszczę, a że P. wolał oglądać NBA postanowiłyśmy z Angie (nasza kolumbijska współlokatorka z sercem na dłoni) pójść same. Pomiędzy apelem w Kings Park, a paradą Perth City serwowało mieszkańcom śniadanko w Stirling Garden w samym centrum miasta. Można było dostać aussie burgera, kawkę, herbatkę, a do tego ciasteczko. Burgery ominęłyśmy, ale herbatka nas nieco rozgrzała, bo kwietniowe poranki w Perth bywają naprawdę chłodne 😀
IMG_20140425_211311 (640x480)IMG_20140425_211408 (640x480)

W międzyczasie złapałyśmy jeszcze kilka flag od pana rozdawacza i później już grzecznie zajęłyśmy sobie miejsce, żeby jak najlepiej widzieć paradę. I wtedy zauważyłam, że Perth po raz kolejny zalało morze flag. Flagami machali dosłownie wszyscy. Tak sobie wtedy pomyślałam, że bardzo bym chciała, aby za czas jakiś moje dziecko potrafiło być dumne z kraju, w którym się wychowa. Żeby nie musiało się obawiać, że za trzymanie flagi w dłoni oberwie od bandy idiotów, którym to się nie będzie podobało bo tak.
IMG_20140425_213040 (640x480)
I wreszcie ruszyli! Obecnie w paradzie Anzac Day obok weteranów wojennych maszerują przedstawiciele pozostałych służb mundurowych lub orkiestry prestiżowych szkół. Każdy chciał widzieć i słyszeć jak najlepiej, wiadomo. Obok nas stanęła mama z dwójką kilkuletnich dzieci i mówi do nich Teraz jeszcze możecie siedzieć, ale jak będą szli to WSTAJECIE, jasne?  Okazało się jasne, jak słońce. Podniosły klimat parady udzielił się również i nam. Nawet się z Angie cieszyłyśmy, że P. został w domu, bo mogłyśmy sobie przeżywać każdy sztandar i mundur na swój dziewczyński sposób. Ale że za mundurem panny sznurem? Od machania flagami bolały  nas przedramiona, ale było przewspaniale!
IMG_20140425_213000 (640x480)IMG_20140425_212854 (640x480)IMG_20140425_212821 (480x640)

Przy okazji zaczepiłyśmy tego oto pana, czy nie miałby nic przeciwko temu, żebyśmy sobie z nim zrobiły zdjęcie. Oto efekt:
IMG_20140425_212631 (640x480)

P. już czekał na nas w domu z prawie spakowanym koszykiem i co pięć sekund nadawał na przemian Słońce, jesteś gotowa? Are you ready, Angie? O matko… kto nie przeżył, ten nie zrozumie 😀 Fakt, że P. zawsze ma fajne pomysły na wycieczki, a byłoby grzechem zostawać w domu w taką pogodę, kiedy nie ma upału i nie pada deszcz. Jak dla mnie idealnie.  P. znowu pognał nasze sto dwadzieścia rumaków, tym razem dwieście kilometrów na północ od Perth.  Zabawne, jak w Australii weryfikuje się pojęcie odległości i tego, że coś lub ktoś jest daleko. Dwie godziny jazdy samochodem to tutaj pikuś. To prawie tak blisko, jak do piekarni po chleb 😀

Zobaczyliśmy piękną pustynię z tysiącami kamiennych wieżyczek –  Pinnacles Desert położoną w parku narodowym Nambung. Te wystające stożki to wapienne pozostałości po drzewach, które daaaaawno temu tutaj rosły. Natomiast legenda Aborygenów mówi, że są to wrogowie plemion aborygeńskich przemienieni przez bogów w kamienne posągi. Jaka prawda – nie wiem, ale po raz kolejny dane nam było zobaczyć coś nowego. Pinnacles dołączam do listy obiektów, do których wrócimy wraz z naszymi pierwszymi gośćmi 😀
Leniwie przeszliśmy szlak pieszo, zatrzymując się przy co drugiej skale, bo przecież ta była ciekawa, na tamtą można się wspiąć itd…
IMG_20140425_212047 (640x480)IMG_20140425_212220 (640x480)IMG_20140425_212526 (640x480)

Pierwszy raz w życiu widziałam krajobraz z pustynią, wydmami z bielusieńkim piaskiem i oceanem w jednym. Kangury przebiegały nam drogę, a my oczywiście nie poczekaliśmy, aż sobie przeskoczą, trzeba było wysiąść i pstryknąć fotkę. Powiem Wam, że te zupełnie dzikie kangury są dużo ładniejsze niż te karmione przez ludzi – refleksja P. , z którą ja się zgadzam.
IMG_20140425_211704 (640x480)

😀

Po kilku godzinach jazdy i spaceru mój organizm poczuł natychmiastową potrzebę skonsumowania czegokolwiek. W koszyku mieliśmy zapasy, więc w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy grillu. Mieliśmy to szczęście, że akurat strażnik parku kończył go czyścić i był cały dla nas. Australia nauczyła nas między innym tego, co należy mieć w szafce kuchennej, aby w pięć minut spakować koszyk piknikowy 😀

Czas wracać do Perth… Następne dwie godziny w samochodzie, ale co tam, co zobaczyliśmy to nasze i nikt nam tego nie zabierze.  A wiecie, z czego się jeszcze bardziej cieszę? Że jeszcze tylko dwa miesiące i dziewięć dni i lecimy do Polski na cały miesiąc 😀

 

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Co w Perth piszczy, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *