A u nas zima… i nie tylko

piszeTo wcale nie jest śmieszne, że mamy zimę. Co prawda kuligiem do pracy nie dojeżdżam, ale szalik i czapkę kupiłam, bo poranki i wieczory są brrrrr chłodne. Ha ha, pamiętam, jak kilka dni po przyjeździe do Perth spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy nas ostrzegali, że mniej więcej od maja do października trochę doopki nam zmarzną. Wtedy nie bardzo chciało nam się w to wierzyć, ale niestety szybko przyznaliśmy im rację. Jak w transie biegłam do sklepu po kołdrę. Mało tego, do kompletu dokupiłam ciepłe babcine kapcie. Śmiesznie brzmi, prawda? No to jeszcze Wam powiem, że australijskie domy rzadko kiedy są posiadają ogrzewanie i jeśli ktoś nie ma klimatyzacji, która uratuje go ciepłym nawiewem to ja składam szczere wyrazy współczucia.

Zimowa pogoda w Perth to na zmianę słońce, deszcz i wiatr. Jeżeli więc zapowiada się słoneczny dzień, warto wtedy opuścić cztery ściany, które ogląda się tak czy siak przynajmniej w dni robocze. Tak właśnie zrobiliśmy w ostatnią niedzielę. O siódmej rano pobudka, szybkie śniadanie i w drogę. Wybraliśmy się około stu kilometrów na wschód od Perth z nadzieją i zamiarem zobaczenia czegoś nowego. Northam i Toodyay to dwa miasteczka położone właściwie obok siebie, każde z nich liczy sobie kilka tysięcy mieszkańców, czyli mniejsze nawet niż nasze rodzinne miejscowości. Po drodze przez chwilę poczułam się jakbym jechała do rodziców – owce pasące się zboczach pagórków, ukochany za kierownicą i tylko ziemia bardziej czerwona. Ale moment wjazdu do pierwszej miejscowości nieco ostudził mój entuzjazm. Pusto na ulicach, a domy… matko, jakie domy… Mój zmysł estetyczny w jednej chwili przeskoczył z krajobrazów Dolnego Śląska na amerykańską prerię sprzed stu lat. Ja rozumiem, że Australia jest młodym państwem, ale przyznam, że domów wybudowanych na palach i pokrytych czymś wyglądającym jak pomalowane kartony dawno już nie widziałam. Niektóre podobne były do altanek działkowych.

Odwiedziliśmy informację turystyczną w Northam, gdzie dowiedzieliśmy się, że na pobliskim jeziorze pływają białe łabędzie podarowane miastu przez Wielką Brytanię. Ale nowość, pomyślicie. Ano nowość, bo w Australii Zachodniej występują wyłącznie czarne łabędzie i kilka białych to tutaj nie lada egzotyka. Poszwędaliśmy się przez chwilę, no ładnie, jeziorko ok, jak dla nas szału nie było, ale przemiła pani z informacji prawie na jednym wydechu zachwycona opowiedziała nam, co zobaczyć warto i nawet podarowała mapkę. Poleciła nam między innymi muzeum kolei, które okazało się kupą złomu – od lokomotywy aż po zardzewiałe twory przypominające zawory. Uśmialiśmy się, bo nasz kolega słusznie zauważył, że w  Polsce to byłby po prostu złom, a tutaj ze złom nazywa się eksponatami 🙂

No nic, pojechaliśmy dalej. W Toodyay znaleźliśmy ładny park z miejscem na piknik. Seniorzy mieli jakiś zlot starych samochodów i wszyscy wjechali do parku takimi brykami, że szczęki nam opadły. Można więc uznać to za atrakcję wycieczki. Miasteczko jakby bardziej ożywione niż Northam, być może ze względu na popołudniową porę dnia. Ogromna IGA, szereg motocykli, Piotrek o mało skrętu szyi się nie nabawił. Zdjęć dzisiaj nie ma, bo nasz nadszarpnięty zębem czasu Canon odmówił już posłuszeństwa… chlip chlip…

Dzień określam jako miło spędzony czas. Zbyt wiele nie zobaczyłam, ale to również jakiś przekaz, prawda? Tak to już po prostu w Australii Zachodniej jest, że poza większymi skupiskami ludzi niewiele się dzieje. Mimo to tutejsi ludzie żyjący na prowincji są szczęśliwi, czy to na wielkiej farmie, której wzrokiem nie ogarniesz, czy to w maleńkim domku z kart. Bo szczęśliwym można być wszędzie 🙂

W drodze powrotnej pisałam moja dwuminutową przemowę na poniedziałkowe spotkanie Toastmasters. Miało być zabawnie i z elementami narracji. Dłuuugo myślałam, aż wreszcie mnie oświeciło – opowiem im o Polakach, a mianowicie że: wiecznie narzekamy, ściągamy buty wchodząc do domu, polscy kierowcy to mistrzowie dróg, jesteśmy gościnni i przekarmiamy naszych gości, a na wszystko odpowiadamy na zdrowie. Temat trafiony 🙂

Poza tym to wiadomo co – myślami jesteśmy już w Polsce, z rodziną…W pracy, mimo że roboty sporo, jest Mundial i prowadzimy zakłady (ja wylosowałam Niemcy, Kolumbię i Koreę) jakoś ciężko mi się skupić, bo najchętniej już bym się spakowała i poleciała w cholerę. Póki co zmykam spać, a od jutra pozostanie już tylko siedemnaście dni. Odezwę się jeszcze przed wylotem. Paaaa!

Podziel się
0
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *